Posted 12 months ago
prędkość wiatru słonecznego wzrosła do 620 km/s. spora burza geomagnetyczna podobno trwa.jutro czwartek, studenci będą rozmagnetyzowywać rozporki i plastyki w portfelowych. aleje pełne pyłu i gwiazd.[z kraju i ze wszechświata]

prędkość wiatru słonecznego wzrosła do 620 km/s. 
spora burza geomagnetyczna podobno trwa.

jutro czwartek, studenci będą rozmagnetyzowywać 
rozporki i plastyki w portfelowych. aleje pełne pyłu i gwiazd.


[z kraju i ze wszechświata]

Posted 1 year ago

Pieśń Lodowata

chciałabym mieć na pierwsze imię andżelina

lub beata perspektywa piekła grałaby z osobistą fikcją

i podfikiwaniem fiksacją upudrowywaniem

noska w toalecie a przecież agent niczym katar

sienny wśród nas ma oczka mętne niechybnie coś kręci

czytał hłaskę a nie wie jak to zrobić komuś laskę

kryptogeje, kryptoreklamy, krypty i kry a ja

gadam jak gadamer gdy horyzont płynie

w zachodzące sensów za kredensem zwitki

gniją czasopiśmiennicze love stories w portfelu

postawy się polaryzują, mein Herr, pieśni sączą?

witaj arktyko! żegnaj antarktydo!


ICECOLD SONG

Oh that my name were anjelina beatrix virginia
the prospect of hell would harmonize with my
personal fictions obsessions flip-flops fixing

my face in the powder room as the gumshoe among us 
has blurry eyes like an allergy and surely schemes 
he studied dickens yet doesn’t know dick sucking

closet-gays closet-ads closets and cold clouds I
gab like gadamer as the horizon floats down
setting ablaze scrolls of sense behind the credenza

mein Herr, do tabloid love stories sag 
in your bag, positions polarize, songs spill?
welcome to the arctic, farewell antarctica

[tekst: Kamil Zając, tłumaczenie: Gwido Zlatkes, muzyka + wokal: Ann Frenkel]

Posted 1 year ago
„OPUSZCZAM GOTHAM  Z KOBIETĄ-KOTEM! TAK!”M. Świetlicki

„OPUSZCZAM GOTHAM  
Z KOBIETĄ-KOTEM!
TAK!”


M. Świetlicki

(Source: zombieripley)

Posted 1 year ago
(…)był czas że kobiety rodziły małei wielkie więzieniaklatki w których biło serce.Tadeusz Różewicz[Sidney Peterson, The Cage (1947)]

(…)był czas że kobiety rodziły małe
i wielkie więzienia
klatki w których biło serce.

Tadeusz Różewicz


[Sidney Peterson
, The Cage (1947)]

(Source: lepasau-dela)

Posted 1 year ago
wiersz dla Karola Darwinabywałem gorylemtylko przez chwilę

wiersz dla Karola Darwina

bywałem gorylem
tylko przez chwilę

(Source: autoentropy)

Posted 1 year ago
PAMIĘTNIK Z FELIETONU. ODCINEK DRUGI: Z MOTYKĄ NA KSIĘŻYC, CZYLI ZAJĘCZE PORYWANIE SIĘ NA “SYLWETKI I CIENIE” ANDRZEJA SOSNOWSKIEGO


Próbując pisać o wierszach Andrzeja (jestem zaszczycony, że z tej klasy gentlemanem jestem „po imieniu”; w poprzednim zdaniu nie ma cienia kokieterii, żadnych koterii), czuję się jak chłopiec z witką w dłoniach, próbujący zrobić zamach na poziomkowy okop. A przecież wiadomo, że zając o wiele przyjemniej czuje się w poziomkach.Jeśli mam być szczery (a od dzisiaj chcę być szczery!), jest to skomplikowane przez mój emocjonalny (długo, długo później intelektualny, ale o tym potem i w sumie bez znaczenia) stosunek do tej poezji. Po latach mogę z dystansem spojrzeć na tego młodzieńca, który wpada w zachwyt, czytając pierwszy wiersz „Latem 1987”, pierwszy wers: „A było tak, że twoja śmierć usiadła w moim cieniu”, absolutnie zabrakło mi tchu! Nie było to dotknięcie à la Białoszewski (mam na myśli jakiś rodzaj zabawy językiem, owszem, jednakowoż jakiś rodzaj współodczuwania, podobnie skadrowanego oka kamery na świat przedstawiony), autentyczny zachwyt, rodzaj uwiedzenia, gatunek zmysłowości, delikatności, co tylko było potęgowane przez następne wersy. W swoim ojczystym języku poczułem się wciągnięty w coś, co było zupełnie inne, dotychczas niespotykane i zachwycające. Słowa poruszały moją wyobraźnię, poruszały, wzruszały, zraszały, krzyczały. Tak to widzę, słyszę, czuję po latach.Wiele fraz weszło na stałe do mojego słownika, języka, czasami wręcz mówionego. Zdaje się, rok później poznałem Karola Pęcherza, któremu pożyczyłem tomik Andrzeja. Mówiliśmy Sosnowskim. Okazało się, że dzieje się to z innymi chłopcami również. Niektórzy językowo-brzmieniowi brutaliści z życia literackiego uknuli termin sosnowszyzna. Nazwy o tyle okropnej, o ile pasującej do desygnatów bez pokrycia, które mają w jakiś wadliwy sposób systematyzować to: że albo ktoś nie ma słuchu, albo że ktoś nie rozumie (choć powinien w sumie poczuć), albo zwyczajnie że nie odnajduje przyjemności, robi oręż, ale czując respekt dla zjawiskowości tej poezji, leci linią najmniejszego oporu recepcyjnego.Otwarty hermetyzm i suspens – takie terminy, słowa klucze (również francuskie jak miłość) padają w wierszu o jakże wymownym (i oczywiście lekko złośliwym, ale w dobrym stylu!, wielopiętrowym znaczeniowo, jeśli mogę się tak wyrazić) tytule: „Pęcherz Sosnowskiego”, zawartym w tomie „Niskie pobudki” Marcina Świetlickiego, gdzie dalej jest napisane: „Jeśli jednak jest miłość, nie powie się jej tu”.Tu? Czyli gdzie? – może zapytać ktoś. Na tym łez padole? Po zdjęciu czarnych okularów, obserwując deszcz kodów kreskowych? W wierszu? W życiu? W użyciu? W życiu wiersza? W poezji życia? W użyciu życia? W użyciu wiersza?Głos oddajmy autorowi (śmierć autora inauguruje promocję jego nowej książki –https://soundcloud.com/ip-identity-problem/nowa-kariera-w-nowym-miescie-a) „Iluminacji” – Arturowi Rimbaud – „Miłość nie istnieje – trzeba ją wymyślić na nowo”. W takim razie „Czym jest poezja? Zapewne nie jest strategią przetrwania, ani sposobem na życie”. Napisał Andrzej Sosnowski w wierszu „Czym jest poezja?” w swojej debiutanckiej książce „Życie na Korei”.Po kolei. Rozpędziłem się, wszak wiadomo, każdy sam wybiera siebie i swoje zachwyty, więc byłem powalony na kolana, zachwycony (nie ma sensu mnożyć przymiotników; wszak euforia i eter to jedno, na co pewnie znalazłoby się wielu świadków).Potem była lekcja żywego języka, epigoni, entuzjazm, krytycy i krytykanci. Ukazywały się nowe wiersze, tomiki. Andrzej Sosnowski stał się niechybnie Davidem Bowie polskiej poezji [idąc tropem muzycznych porównań, musimy stwierdzić, że Marcin Świetlicki w tym układzie znaczeń pełniłby rolę Iggy’ego Popa (teraz chcę być twoim psem! common! – polecam tę wersjęhttp://www.youtube.com/watch?v=hLnL61pglb8), Czesław Miłosz – Frankiem Sinatrą, Wisława Szymborska – Barbarą Streisand i tak dalej, i tak dalej]. A przecież jest tak, że jeśli ktoś usłyszy, to albo mu się podoba, albo nie (porusza albo nie porusza, dotyka albo nie dotyka etc.) cała reszta jest naddana („Każdemu według jego snów! Wyrazy niepamięci od najbliższych słów”, z: „Życie po kolei”, tom „Taxi”), wtedy pojawiają się wyobraźnia i język (wyobraźnia języka czy język wyobraźni? nie mam pojęcia; bezwzględnie nie mam bladego pojęcia). Posłużyłem się oczywiście niesprawiedliwą analogią, ażeby pokazać, że istnieje zagrożenie figuratywności, z pisaniem o języku w języku, kiedy się czytało Rimbauda i wzięło do serca postulat, który napisał że „ja – to ktoś inny”.„Poeta robi z siebie jasnowidza przez długie, bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie wszystkich zmysłów. Wszystkie postacie miłości, cierpienia, szaleństwa; sam znajduje i wyczerpuje wszelkie trucizny, aby zachować z nich kwintesencję. Niewysłowiona tortura, do której potrzeba mu całej wiary, całej nadludzkiej siły i od której staje się wielkim chorym, wielkim przestępcą, wielkim potępionym – i najwyższym Mędrcem! – Bo dochodzi do nieznanego! Kultywował przecież swoją duszę bardziej, niż ktokolwiek inny! Dochodzi do nieznanego i kiedy, oszalały, traci na koniec rozeznanie swoich wizji, wtedy je zobaczył! Niech się na śmierć zamęczy, skacząc przez rzeczy niesłychane i nienazwane; przyjdą inni straszliwi pracownicy; zaczną od horyzontów, gdzie tamten stracił siły”.Artur Rimbaud, „II List Jasnowidza” (do Paula Demeny), 15 maja 1871.Wróćmy do pierwszego zdania, do pierwszego zachwytu: „A było tak, że twoja śmierć usiadła w moim cieniu”. Co ciekawe, w kontekście całości tego tekstu porwanego pamiętnika z felietonu, który próbuje porywać się na porywającego Andrzeja Sosnowskiego, słowo kładzie się cieniem.Oddajmy głos wiki [Wiki! Wikusia! Chodź do Pana!]:„Zdaniem Junga nieświadomość zbiorowa zawiera wiele różnorodnych archetypów. W literaturze najczęściej opisywane są następujące archetypy: cienia – uosobienie zwierzęcej strony natury człowieka; jest odpowiedzialny za pojawienia się w świadomości człowieka i w jego zachowaniu treści nieakceptowanych społecznie”.[Czyż to nie jest alternatywna definicja aberracji (nawet jeśli na potrzeby narracji)? Świadomość jest tańcem radości, choć mogę być w błędzie, to moja świadomość tańczy.]Kiedy przeczytałem tytuł pliku „Sylwetki i cienie” (w skrócie – sic!), przypomniała mi się fraza z Elizabeth Bishop: „We caught the sun forever there – the shadows are our own”. Dopiero po chwili gdzieś w oddali zaczął pohukiwać w pociągowym rytmie Blanchota: „nie było nadziei, na przeniknięcie cieni”. Bryła nocy w formatach pustki.„Dzień to w najlepszym razie jakiś grill; grillowanie i paintball korporacji w durnej siłowni dnia. Rzeźba i masa niechaj się swoim dniem napakują i wypychają. I niech się bez przerwy o coś ubiegają. A potem niech lokują i firmują, i pobierają, pobierają – ciągle za dnia, naturalnie, gdyż od nocy, mówiąc delikatnie, wara!”Wara i wiara, noc jako dalekowzroczna dziewczyna, ucieczka od mdłego dnia, zawłaszczonego do cna. I jest zarysowana pozorna dychotomia, ale raczej gra: światła i cienia, nocy i dnia, ciała i duszy etc. A przecież po dziś dzień słyszę, jak mówię (na potrzeby rozmowy, choć oczywiście nie tylko), wysamplowując AS: „duszę mam na końcu języka”.I to jest bardzo ładna deklaracja, bardzo ładna wypowiedź, bardzo ładna odpowiedź (nie tylko na klasyczne pytanie: czy wierzysz w duszę?). „Duszę mam na końcu języka” (i wtedy pojawiają się oczy, i miny tych wszystkich dziewcząt, nierzadko pijanych jak piwonie przed świtem. Absolutnie bezcenne). Weźmy na koniuszek języka, ale bez histerii, coś, co nas niweczy. I wyobraźmy sobie koniuszek języka, to jest bardzo intymny i niebywale przyjemny obraz. I pójdźmy dalej niż na molo: wyobraźmy sobie ten koniuszek języka poety rozkoszującego się, dajmy na to, winem (nie winą! winni są zawsze inni, co nie;). A to przecież Augustyn z Hippony wyznawał, że „poezja to diabelskie wino”. Co jest zdaniem bardzo ładnym w swej kategoryczności, stąd bardzo ładna odpowiedź Andrzeja: „O mój miły Augustynie, wszystko słynie, słynie, słynie”.Nie można sobie pozwolić na chwilę wątpliwości. („Dubito ergo sum – Wątpię, więc jestem”, panie Kartezjuszu, coś pan świecił odbitym blaskiem tylko, bo przecież wiadomo że „czucie i wiara silniej mówią do mnie”; Pan Cogito versus Pani Dubito. Dubi dubi do, nucimy z przekąsem, pod nosem w noc, w kalamburze). „Ro­zumiej, abyś mógł wie­rzyć, wierz, abyś mógł rozumieć”, powiada miły Augustyn, ale jak oczy mogą śmiać się do słońca, kiedy musimy oddać szaleństwo światła en gros (hurt hurt detal detal) na sprzedaż? Wydawać by się mogło, że to takie naszesignum temporis, że ponowoczesność, postmodernizm etc. Wszak nie da się wyabstrahować od okoliczności, od czasów, od miłości, wobec której bezradny i ogołocony wydaje się być nawet Derrida podczas procesu dekonstrukcji „zagadnienia” ? http://www.youtube.com/watch?v=dj1BuNmhjAY.„Czuję wstręt do wszelkich zajęć. Właściciele i wyrobnicy, wszystko to niecne gbury. Ręka z piórem i ręka u pługa, jedna warta drugiej. – Ależ to stulecie rąk! – Nigdy nie będzie wśród nich mojej ręki. Służba prowadzi zresztą za daleko.Nie schodź do schronu. Kiedy najdosłowniej miłość jest magią, która dzieli życieprzez rozkosz i stratę.[…]Jak bardzo przygnębia miłość tych wszystkich nienagannych istot, które spacerują po peryferyjnych promenadach w strojach zdolnych szokować farmerów. Prowincja jest zmorą poetów.[…] [B]o prócz prowincji nie ma nic.[…] [C]óż miałoby być poza tym, że nic? […] [C]hodźmy, nic tu nie ma. A więc operujemy tylko pejzażem wewnętrznym!”[Fragment]„Dusza nie ma sylwetki, więc nie rzuca cienia”.Gnoza? Groza? Kto za? Na pewno Platon, który z Państwa chciał usunąć poetów. Choć nie usunął poety z siebie, pisząc, że „światło jest cieniem Boga”.„Ach, tak jestem opuszczony, że każde wyobrażenie boskie wyzwala we mnie porywy doskonałości.O moje wyrzeczenia, cudowne moje miłosierdzie! na tym świecie jednakże. De profundis, Domine, jaki ze mnie głupiec!”[cytaty z boskiego Artura Rimbaud]Jeżeli poezję Rimbauda ślizgacze po gładkich powierzchniach (nazwijmy ich figurantami, którzy krzyczą: freeze!) usystematyzowali na potrzeby ludzkości („woli Pan ludność czy bezludność? Trochę bez trochę z”) jako poetę wyklętego, to – idąc tym tropem – Andrzeja Sosnowskiego możemy śmiało nazwać poetą zaklętym (mam na myśli to, co oferuje odbiorcy), czego przykładem (bo przecież nie dowodem, bo to nie ta nomenklatura, gdzie możemy mówić o pewności, wszak pewność zgubna jest szczęśliwy, kto uniknął jej) może być wiersz „Grimoire”. Słowo, które stanowi tytuł wiersza, wywodzi się z języka francuskiego i oznacza czarodziejską księgę (magia, abrakadabra etc.) oraz nieczytelne pismo – i bądź tu mądry, i czytaj wiersze, czytelniku, skoro wszystko to takie nieoczywiste i nieczytelne, ale jednocześnie niezwykle pociągające, a nawet momentami niepokojące, jeśli wierzyć/ufać mitycznym pokrętełkom intelektu, które przecież tak łatwo przekręcić.Oczywiście moglibyśmy zabawić (nie zbawić? zwabieni zbawieniem odmawiajcie) się słowem i przyjąć dychotomiczną tezę: zagadka czy zagładka? Wybór należy do Ciebie.W poemacie „Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi” w pewnym momencie lektury (o procesie pisania wiemy niewiele, choć nie jest to proces w stylu kafkowskim, jak sądzę, bo jest w nim czas na uśmiech – taka jest moja koncepcja, tak ja to widzę) zostało napisane:„[…] regularnie chodzi o to, by kogoś przytrzymać momentalnie zresetować i zmusić do rezygnacji z jego własnych niedorzecznych aberracji i wykrętów od sedna sprawy, którą najlepiej czujemy tylko sami.Nawet człowiek w celce porusza się zbyt szybko, więc generalnie chodzi o to, by »przygwoździć«”.„Przygwoździć” i „przytrzymać” to bezokoliczniki bez okoliczności łagodzących, niestety. Pierwsze słowo konotuje oczywiście ukrzyżowanie, a przecież o wiele ciekawsze wydaje się rozwiązywanie krzyżówki niźli bycie krzyżowanym – choćby przez krytykę literacką, czasy i okoliczności mniej lub bardziej sprzyjające. Być gwoździem programu, toż to gwóźdź do trumny! Chodzi przecież o ruch, dynamikę, zmieniające się obrazy, które nie przeszkadzają żyć miłośnikom statyczności w bezruchu uczuć, bo czyż nie o uczucia rozchodzi się w powyższym fragmencie? I w życiu (nie tylko wiersza)?I już nie chodzi o cel (a w zasadzie ich mnogość, które potęgują bezcelowość), ale o celkę, zdrobnienie celi, przymilenie się do czytelnika, licząc na współodczuwanie. Żeby nie być gołosłownym (chciałbym kiedyś zobaczyć gołe słowa), weźmy „Wiersz dla czytelnika” (już sam tytuł jest apostrofą do Ciebie, mnie i innych) zaczyna się sens-orycznie (by nie powiedzieć oni-rycznie), tka się sytuacja, wspomnienie, melodia i nagle pojawia się wielokropek, znak w poezji Andrzeja spotykany niebywale rzadko i po nich pada fraza: „nie, to zbyt piękne. Inscenizowane / w chińskich półcieniach, specjalnie dla ciebie”.W zasadzie wszystko jest jasne, drogi czytelniku, nasze drogi zawsze są różne, tylko punkty są styczne. Bardzo ciekawe jest to wyjście od „my” („mieliśmy deszcz na twarzach”: w domyśle oniryczni współtowarzysze sensorycznej drogi przygody) do „ty”. Wydaje mi się to niebywale szczere poinformowanie czytelnika, że uczestniczy w inscenizacji półcieni specjalnie dla niego („Ciebie”).Ten przepiękny (tak, mówię o swoich odczuciach, gdyż czytałem Rilkego i w wieku lat 14 wziąłem sobie do serca sentencję, że „piękno to tylko przerażenia początek”, po latach przypomniałem sobie, że ten sam poeta napisał: „o jakże dobrze mieć z kim podziwiać piękno!”) wiersz pochodzi z tomiku „Taxi”, który został wydany 10 lat temu. Dekadę później ukazuje się książka „Sylwetki i cienie”. Już nie półcienie, ale cienie wraz z sylwetkami specjalnie dla Ciebie. Rzeczony wiersz kończy się zdaniem: „Miej ostatnie słowo”. Ostatnie w tym wierszu dla czytelnika jest słowo: słowo („a słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami”), co ciekawe, poprzedza je wyraz „mieć” („miedź brzęcząca, cymbał brzmiący”) w formie bezpośredniego zwrotu (zawrotu?), ale nie w trybie rozkazująco-dokonanym – „masz”, ale „miej” (nieustannie? nie usta nie?). Państwo czują tę delikatność i brak przymusu? I jak tu w kontekście tego, co powyżej zostało napisane, „przytrzymać” to żywe srebro, tę niejasną, niejednoznaczną, iluminacyjno-echolaliacyjną poezję poety, którego inicjały po angielsku stanowią monodram poezji? Toż to jakaś idea fix, wszak wiadomo że symfonia szamoce się w głębinach, a pieśń to ledwie ad remix.Andrzej Sosnowski potrafi zachwycać (brzmienie! brzemię? co w nim drzemie? nie wiem doprawdy. do prawdy? nie, ale jeśli już, to tylko w charakterze głównodowodzącego ruchliwą armią metafor!) dźwiękiem, obrazem, przypadkiem, ukradkiem, mimochodem, „z wielu stron, co do słowa, jednym głosem. Z jednej strony, wiele razy. Z jedną myślą, z wielu stron”.

I miało być o nowej książce „Sylwetki i cienie”, ale że książki lepiej czytać i o nich rozmawiać, aniżeli systematyzować, toteż na koniec pozwolę sobie nawiązać do epilogu najnowszej „książki” Andrzeja Sosnowskiego, który ma tytuł „Nadzieja”. (No, ale żeby napomykać o trzech cnotach głównych w kontekście wierszy Andrzeja Sosnowskiego, doprawdy zabawne). Wróćmy do nadziei, która tkwi w „ludziach dowcipnego serca. W prostocie uprzejmego serca”.Kochani, proszę wybaczyć ten festiwal wspomnień i napomknięć, próby rozświetlenia lichych mignięć lampeczek metody, ot, taka sylwetka, taki dzień. Przepraszam. Cień! pozdrawiam. Dobra. Noc.

PAMIĘTNIK Z FELIETONU. ODCINEK DRUGI: Z MOTYKĄ NA KSIĘŻYC, CZYLI ZAJĘCZE PORYWANIE SIĘ NA “SYLWETKI I CIENIE” ANDRZEJA SOSNOWSKIEGO

Próbując pisać o wierszach Andrzeja (jestem zaszczycony, że z tej klasy gentlemanem jestem „po imieniu”; w poprzednim zdaniu nie ma cienia kokieterii, żadnych koterii), czuję się jak chłopiec z witką w dłoniach, próbujący zrobić zamach na poziomkowy okop. A przecież wiadomo, że zając o wiele przyjemniej czuje się w poziomkach.

Jeśli mam być szczery (a od dzisiaj chcę być szczery!), jest to skomplikowane przez mój emocjonalny (długo, długo później intelektualny, ale o tym potem i w sumie bez znaczenia) stosunek do tej poezji. Po latach mogę z dystansem spojrzeć na tego młodzieńca, który wpada w zachwyt, czytając pierwszy wiersz „Latem 1987”, pierwszy wers: „A było tak, że twoja śmierć usiadła w moim cieniu”, absolutnie zabrakło mi tchu! Nie było to dotknięcie à la Białoszewski (mam na myśli jakiś rodzaj zabawy językiem, owszem, jednakowoż jakiś rodzaj współodczuwania, podobnie skadrowanego oka kamery na świat przedstawiony), autentyczny zachwyt, rodzaj uwiedzenia, gatunek zmysłowości, delikatności, co tylko było potęgowane przez następne wersy. W swoim ojczystym języku poczułem się wciągnięty w coś, co było zupełnie inne, dotychczas niespotykane i zachwycające. Słowa poruszały moją wyobraźnię, poruszały, wzruszały, zraszały, krzyczały. Tak to widzę, słyszę, czuję po latach.

Wiele fraz weszło na stałe do mojego słownika, języka, czasami wręcz mówionego. Zdaje się, rok później poznałem Karola Pęcherza, któremu pożyczyłem tomik Andrzeja. Mówiliśmy Sosnowskim. Okazało się, że dzieje się to z innymi chłopcami również. Niektórzy językowo-brzmieniowi brutaliści z życia literackiego uknuli termin sosnowszyzna. Nazwy o tyle okropnej, o ile pasującej do desygnatów bez pokrycia, które mają w jakiś wadliwy sposób systematyzować to: że albo ktoś nie ma słuchu, albo że ktoś nie rozumie (choć powinien w sumie poczuć), albo zwyczajnie że nie odnajduje przyjemności, robi oręż, ale czując respekt dla zjawiskowości tej poezji, leci linią najmniejszego oporu recepcyjnego.

Otwarty hermetyzm i suspens – takie terminy, słowa klucze (również francuskie jak miłość) padają w wierszu o jakże wymownym (i oczywiście lekko złośliwym, ale w dobrym stylu!, wielopiętrowym znaczeniowo, jeśli mogę się tak wyrazić) tytule: „Pęcherz Sosnowskiego”, zawartym w tomie „Niskie pobudki” Marcina Świetlickiego, gdzie dalej jest napisane: „Jeśli jednak jest miłość, nie powie się jej tu”.

Tu? Czyli gdzie? – może zapytać ktoś. Na tym łez padole? Po zdjęciu czarnych okularów, obserwując deszcz kodów kreskowych? W wierszu? W życiu? W użyciu? W życiu wiersza? W poezji życia? W użyciu życia? W użyciu wiersza?

Głos oddajmy autorowi (śmierć autora inauguruje promocję jego nowej książki –https://soundcloud.com/ip-identity-problem/nowa-kariera-w-nowym-miescie-a) „Iluminacji” – Arturowi Rimbaud – „Miłość nie istnieje – trzeba ją wymyślić na nowo”. W takim razie „Czym jest poezja? Zapewne nie jest strategią przetrwania, ani sposobem na życie”. Napisał Andrzej Sosnowski w wierszu „Czym jest poezja?” w swojej debiutanckiej książce „Życie na Korei”.

Po kolei. Rozpędziłem się, wszak wiadomo, każdy sam wybiera siebie i swoje zachwyty, więc byłem powalony na kolana, zachwycony (nie ma sensu mnożyć przymiotników; wszak euforia i eter to jedno, na co pewnie znalazłoby się wielu świadków).

Potem była lekcja żywego języka, epigoni, entuzjazm, krytycy i krytykanci. Ukazywały się nowe wiersze, tomiki. Andrzej Sosnowski stał się niechybnie Davidem Bowie polskiej poezji [idąc tropem muzycznych porównań, musimy stwierdzić, że Marcin Świetlicki w tym układzie znaczeń pełniłby rolę Iggy’ego Popa (teraz chcę być twoim psem! common! – polecam tę wersjęhttp://www.youtube.com/watch?v=hLnL61pglb8), Czesław Miłosz – Frankiem Sinatrą, Wisława Szymborska – Barbarą Streisand i tak dalej, i tak dalej]. A przecież jest tak, że jeśli ktoś usłyszy, to albo mu się podoba, albo nie (porusza albo nie porusza, dotyka albo nie dotyka etc.) cała reszta jest naddana („Każdemu według jego snów! Wyrazy niepamięci od najbliższych słów”, z: „Życie po kolei”, tom „Taxi”), wtedy pojawiają się wyobraźnia i język (wyobraźnia języka czy język wyobraźni? nie mam pojęcia; bezwzględnie nie mam bladego pojęcia). Posłużyłem się oczywiście niesprawiedliwą analogią, ażeby pokazać, że istnieje zagrożenie figuratywności, z pisaniem o języku w języku, kiedy się czytało Rimbauda i wzięło do serca postulat, który napisał że „ja – to ktoś inny”.

„Poeta robi z siebie jasnowidza przez długie, bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie wszystkich zmysłów. Wszystkie postacie miłości, cierpienia, szaleństwa; sam znajduje i wyczerpuje wszelkie trucizny, aby zachować z nich kwintesencję. Niewysłowiona tortura, do której potrzeba mu całej wiary, całej nadludzkiej siły i od której staje się wielkim chorym, wielkim przestępcą, wielkim potępionym – i najwyższym Mędrcem! – Bo dochodzi do nieznanego! Kultywował przecież swoją duszę bardziej, niż ktokolwiek inny! Dochodzi do nieznanego i kiedy, oszalały, traci na koniec rozeznanie swoich wizji, wtedy je zobaczył! Niech się na śmierć zamęczy, skacząc przez rzeczy niesłychane i nienazwane; przyjdą inni straszliwi pracownicy; zaczną od horyzontów, gdzie tamten stracił siły”.

Artur Rimbaud, „II List Jasnowidza” (do Paula Demeny), 15 maja 1871.

Wróćmy do pierwszego zdania, do pierwszego zachwytu: „A było tak, że twoja śmierć usiadła w moim cieniu”. Co ciekawe, w kontekście całości tego tekstu porwanego pamiętnika z felietonu, który próbuje porywać się na porywającego Andrzeja Sosnowskiego, słowo kładzie się cieniem.

Oddajmy głos wiki [Wiki! Wikusia! Chodź do Pana!]:

„Zdaniem Junga nieświadomość zbiorowa zawiera wiele różnorodnych archetypów. W literaturze najczęściej opisywane są następujące archetypy: cienia – uosobienie zwierzęcej strony natury człowieka; jest odpowiedzialny za pojawienia się w świadomości człowieka i w jego zachowaniu treści nieakceptowanych społecznie”.

[Czyż to nie jest alternatywna definicja aberracji (nawet jeśli na potrzeby narracji)? Świadomość jest tańcem radości, choć mogę być w błędzie, to moja świadomość tańczy.]

Kiedy przeczytałem tytuł pliku „Sylwetki i cienie” (w skrócie – sic!), przypomniała mi się fraza z Elizabeth Bishop: „We caught the sun forever there – the shadows are our own”. Dopiero po chwili gdzieś w oddali zaczął pohukiwać w pociągowym rytmie Blanchota: „nie było nadziei, na przeniknięcie cieni”. Bryła nocy w formatach pustki.

„Dzień to w najlepszym razie jakiś grill; grillowanie i paintball korporacji w durnej siłowni dnia. Rzeźba i masa niechaj się swoim dniem napakują i wypychają. I niech się bez przerwy o coś ubiegają. A potem niech lokują i firmują, i pobierają, pobierają – ciągle za dnia, naturalnie, gdyż od nocy, mówiąc delikatnie, wara!”

Wara i wiara, noc jako dalekowzroczna dziewczyna, ucieczka od mdłego dnia, zawłaszczonego do cna. I jest zarysowana pozorna dychotomia, ale raczej gra: światła i cienia, nocy i dnia, ciała i duszy etc. A przecież po dziś dzień słyszę, jak mówię (na potrzeby rozmowy, choć oczywiście nie tylko), wysamplowując AS: „duszę mam na końcu języka”.

I to jest bardzo ładna deklaracja, bardzo ładna wypowiedź, bardzo ładna odpowiedź (nie tylko na klasyczne pytanie: czy wierzysz w duszę?). „Duszę mam na końcu języka” (i wtedy pojawiają się oczy, i miny tych wszystkich dziewcząt, nierzadko pijanych jak piwonie przed świtem. Absolutnie bezcenne). Weźmy na koniuszek języka, ale bez histerii, coś, co nas niweczy. I wyobraźmy sobie koniuszek języka, to jest bardzo intymny i niebywale przyjemny obraz. I pójdźmy dalej niż na molo: wyobraźmy sobie ten koniuszek języka poety rozkoszującego się, dajmy na to, winem (nie winą! winni są zawsze inni, co nie;). A to przecież Augustyn z Hippony wyznawał, że „poezja to diabelskie wino”. Co jest zdaniem bardzo ładnym w swej kategoryczności, stąd bardzo ładna odpowiedź Andrzeja: „O mój miły Augustynie, wszystko słynie, słynie, słynie”.

Nie można sobie pozwolić na chwilę wątpliwości. („Dubito ergo sum – Wątpię, więc jestem”, panie Kartezjuszu, coś pan świecił odbitym blaskiem tylko, bo przecież wiadomo że „czucie i wiara silniej mówią do mnie”; Pan Cogito versus Pani Dubito. Dubi dubi do, nucimy z przekąsem, pod nosem w noc, w kalamburze). „Ro­zumiej, abyś mógł wie­rzyć, wierz, abyś mógł rozumieć”, powiada miły Augustyn, ale jak oczy mogą śmiać się do słońca, kiedy musimy oddać szaleństwo światła en gros (hurt hurt detal detal) na sprzedaż? Wydawać by się mogło, że to takie naszesignum temporis, że ponowoczesność, postmodernizm etc. Wszak nie da się wyabstrahować od okoliczności, od czasów, od miłości, wobec której bezradny i ogołocony wydaje się być nawet Derrida podczas procesu dekonstrukcji „zagadnienia” ? http://www.youtube.com/watch?v=dj1BuNmhjAY.

„Czuję wstręt do wszelkich zajęć. Właściciele i wyrobnicy, wszystko to niecne gbury. Ręka z piórem i ręka u pługa, jedna warta drugiej. – Ależ to stulecie rąk! – Nigdy nie będzie wśród nich mojej ręki. Służba prowadzi zresztą za daleko.

Nie schodź do schronu. Kiedy najdosłowniej miłość jest magią, która dzieli życie

przez rozkosz i stratę.

[…]

Jak bardzo przygnębia miłość tych wszystkich nienagannych istot, które spacerują po peryferyjnych promenadach w strojach zdolnych szokować farmerów. Prowincja jest zmorą poetów.

[…] [B]o prócz prowincji nie ma nic.

[…] [C]óż miałoby być poza tym, że nic? […] [C]hodźmy, nic tu nie ma. A więc operujemy tylko pejzażem wewnętrznym!”

[Fragment]

„Dusza nie ma sylwetki, więc nie rzuca cienia”.

Gnoza? Groza? Kto za? Na pewno Platon, który z Państwa chciał usunąć poetów. Choć nie usunął poety z siebie, pisząc, że „światło jest cieniem Boga”.

„Ach, tak jestem opuszczony, że każde wyobrażenie boskie wyzwala we mnie porywy doskonałości.

O moje wyrzeczenia, cudowne moje miłosierdzie! na tym świecie jednakże. De profundis, Domine, jaki ze mnie głupiec!”

[cytaty z boskiego Artura Rimbaud]

Jeżeli poezję Rimbauda ślizgacze po gładkich powierzchniach (nazwijmy ich figurantami, którzy krzyczą: freeze!) usystematyzowali na potrzeby ludzkości („woli Pan ludność czy bezludność? Trochę bez trochę z”) jako poetę wyklętego, to – idąc tym tropem – Andrzeja Sosnowskiego możemy śmiało nazwać poetą zaklętym (mam na myśli to, co oferuje odbiorcy), czego przykładem (bo przecież nie dowodem, bo to nie ta nomenklatura, gdzie możemy mówić o pewności, wszak pewność zgubna jest szczęśliwy, kto uniknął jej) może być wiersz „Grimoire”. Słowo, które stanowi tytuł wiersza, wywodzi się z języka francuskiego i oznacza czarodziejską księgę (magia, abrakadabra etc.) oraz nieczytelne pismo – i bądź tu mądry, i czytaj wiersze, czytelniku, skoro wszystko to takie nieoczywiste i nieczytelne, ale jednocześnie niezwykle pociągające, a nawet momentami niepokojące, jeśli wierzyć/ufać mitycznym pokrętełkom intelektu, które przecież tak łatwo przekręcić.

Oczywiście moglibyśmy zabawić (nie zbawić? zwabieni zbawieniem odmawiajcie) się słowem i przyjąć dychotomiczną tezę: zagadka czy zagładka? Wybór należy do Ciebie.

W poemacie „Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi” w pewnym momencie lektury (o procesie pisania wiemy niewiele, choć nie jest to proces w stylu kafkowskim, jak sądzę, bo jest w nim czas na uśmiech – taka jest moja koncepcja, tak ja to widzę) zostało napisane:

„[…] regularnie chodzi o to, by kogoś przytrzymać momentalnie zresetować i zmusić do rezygnacji z jego własnych niedorzecznych aberracji i wykrętów od sedna sprawy, którą najlepiej czujemy tylko sami.

Nawet człowiek w celce porusza się zbyt szybko, więc generalnie chodzi o to, by »przygwoździć«”.

„Przygwoździć” i „przytrzymać” to bezokoliczniki bez okoliczności łagodzących, niestety. Pierwsze słowo konotuje oczywiście ukrzyżowanie, a przecież o wiele ciekawsze wydaje się rozwiązywanie krzyżówki niźli bycie krzyżowanym – choćby przez krytykę literacką, czasy i okoliczności mniej lub bardziej sprzyjające. Być gwoździem programu, toż to gwóźdź do trumny! Chodzi przecież o ruch, dynamikę, zmieniające się obrazy, które nie przeszkadzają żyć miłośnikom statyczności w bezruchu uczuć, bo czyż nie o uczucia rozchodzi się w powyższym fragmencie? I w życiu (nie tylko wiersza)?

I już nie chodzi o cel (a w zasadzie ich mnogość, które potęgują bezcelowość), ale o celkę, zdrobnienie celi, przymilenie się do czytelnika, licząc na współodczuwanie. Żeby nie być gołosłownym (chciałbym kiedyś zobaczyć gołe słowa), weźmy „Wiersz dla czytelnika” (już sam tytuł jest apostrofą do Ciebie, mnie i innych) zaczyna się sens-orycznie (by nie powiedzieć oni-rycznie), tka się sytuacja, wspomnienie, melodia i nagle pojawia się wielokropek, znak w poezji Andrzeja spotykany niebywale rzadko i po nich pada fraza: „nie, to zbyt piękne. Inscenizowane / w chińskich półcieniach, specjalnie dla ciebie”.

W zasadzie wszystko jest jasne, drogi czytelniku, nasze drogi zawsze są różne, tylko punkty są styczne. Bardzo ciekawe jest to wyjście od „my” („mieliśmy deszcz na twarzach”: w domyśle oniryczni współtowarzysze sensorycznej drogi przygody) do „ty”. Wydaje mi się to niebywale szczere poinformowanie czytelnika, że uczestniczy w inscenizacji półcieni specjalnie dla niego („Ciebie”).

Ten przepiękny (tak, mówię o swoich odczuciach, gdyż czytałem Rilkego i w wieku lat 14 wziąłem sobie do serca sentencję, że „piękno to tylko przerażenia początek”, po latach przypomniałem sobie, że ten sam poeta napisał: „o jakże dobrze mieć z kim podziwiać piękno!”) wiersz pochodzi z tomiku „Taxi”, który został wydany 10 lat temu. Dekadę później ukazuje się książka „Sylwetki i cienie”. Już nie półcienie, ale cienie wraz z sylwetkami specjalnie dla Ciebie. Rzeczony wiersz kończy się zdaniem: „Miej ostatnie słowo”. Ostatnie w tym wierszu dla czytelnika jest słowo: słowo („a słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami”), co ciekawe, poprzedza je wyraz „mieć” („miedź brzęcząca, cymbał brzmiący”) w formie bezpośredniego zwrotu (zawrotu?), ale nie w trybie rozkazująco-dokonanym – „masz”, ale „miej” (nieustannie? nie usta nie?). Państwo czują tę delikatność i brak przymusu? I jak tu w kontekście tego, co powyżej zostało napisane, „przytrzymać” to żywe srebro, tę niejasną, niejednoznaczną, iluminacyjno-echolaliacyjną poezję poety, którego inicjały po angielsku stanowią monodram poezji? Toż to jakaś idea fix, wszak wiadomo że symfonia szamoce się w głębinach, a pieśń to ledwie ad remix.

Andrzej Sosnowski potrafi zachwycać (brzmienie! brzemię? co w nim drzemie? nie wiem doprawdy. do prawdy? nie, ale jeśli już, to tylko w charakterze głównodowodzącego ruchliwą armią metafor!) dźwiękiem, obrazem, przypadkiem, ukradkiem, mimochodem, „z wielu stron, co do słowa, jednym głosem. Z jednej strony, wiele razy. Z jedną myślą, z wielu stron”.



Pamiętnik z felietonu



I miało być o nowej książce „Sylwetki i cienie”, ale że książki lepiej czytać i o nich rozmawiać, aniżeli systematyzować, toteż na koniec pozwolę sobie nawiązać do epilogu najnowszej „książki” Andrzeja Sosnowskiego, który ma tytuł „Nadzieja”. (No, ale żeby napomykać o trzech cnotach głównych w kontekście wierszy Andrzeja Sosnowskiego, doprawdy zabawne). Wróćmy do nadziei, która tkwi w „ludziach dowcipnego serca. W prostocie uprzejmego serca”.

Kochani, proszę wybaczyć ten festiwal wspomnień i napomknięć, próby rozświetlenia lichych mignięć lampeczek metody, ot, taka sylwetka, taki dzień. Przepraszam. Cień! pozdrawiam. Dobra. Noc.

Posted 1 year ago

PAMIĘTNIK Z FELIETONU. ODCINEK PIERWSZY: POEZJA PO KOŃCU ŚWIATA
Kamil Zając. Zamilkając.

Przed świętami Monika Glosowitz zapytała, czy nie skrobnąłbym paru słów na temat najważniejszej poetyckiej książki roku 2012. W zasadzie możemy śmiało powiedzieć, że było to pytanie o poezję po końcu świata. Tyle że mnie kompletnie już nie interesują te rankingi, stroszenie piórek, gradacje i nobilitacje małego piekła zwanego światkiem literackim.


[poniżej ad hoc control c/v z facebrukowego czatu]

to jest bardzo trudne pytanie w gruncie rzeczy, bo wiesz, ja już nie śledzę tego z atencją taką jak kiedyś, no chyba żeby napisać szczerze, że sonda „najważniejsza książka poetycka” brzmi groteskowo, choćby w kontekście ilości egzemplarzy, sposobie wydawania, strategiach wydawnictw (sic!) i samych autorów, że to jest jak zabawa w najładniejszy parowóz w skansenie, gdzie lokomotywy (pozdro dla stachury;) nie mają żadnej pary, gdzie szyny pokryte rdzą (ewentualnie rozkradzione;) i nie ma pasażerów. ot, taki pociąg widmo (do poezji;). 

Deadline minął i w Trzech Króli czytałem na głos Miłosza (momentami tak dziwnie wypowiadało się te ulizane jak grzywka na apel konstatacje i słowa, słowa), Staffa (Rób coś! ZEWSZĄÐ tak ciasne widoki. / Trudno rozszerzyć horyzont, / Więc zaokrąglam horyzont! / Zaokrąglam!!, a poza tym cóż za melodia, cóż za rytm, styl i bezroszczeniowość myślenia o sobie i świecie przedstawionym!) i Tuwima (skala, ton, precyzja, błysk, szyk, ach! ach!, niekiedy serca krach, aż strach. Bach! Lokomotywa na głos to arcydzieło!).

Po tych krótkich korepetycjach okraszonych komentarzem czytałem wiersze swoich kolegów – Piotrka Janickiego i Adama Kaczanowskiego. Olbrzymia przyjemność i nowe zadziwienia. 

koledzy, dobrze że jesteście :>
[współodczuwanie? podziw? owszem, tak, tak, choć chodzi o coś zupełnie innego:].


I coś się zmieniło w obszarach mojego czucia (bo przecież nie widzenia;), a może nawet (nie bójmy się przycisnąć pedału patosu) współodczuwania. 

I puściłem Oli z youtuby występ Adasia z festiwalu pretexty, pt. „Kto zaspokoi nasz głód? ” 
Tekst i performens powalają na kolana! Poetycka książka 2012? Bądźmy poważni! Kaczan jest jednym z najbardziej niedocenionych poetów na lokalnym parnasie. Ale w ogóle, co to za smutna perspektywa!?


Adam zdaje się gdzie indziej rozkładać akcenty, inaczej kadrować, bawić się w sposób doskonały i przezabawny* (momentami gorzki, szczery, wiadomo – kozak!) perspektywą (opcja zoom in/out w oku kamery), wybranymi kadrami z tv rzeczywistości, które montuje lekko i rozmyślnie. 

Kto zaspokoi nasz głód? ma moc uderzeniową „Dnia świra” z dynamiką wczesnego Tarantino, bez rozmieniania się na egocenty głównego bohatera, którego nie ma. Bo to nie te kategorie, nie ten komiks, nie ten styl, kochani beneficjenci etosu i mediów.

I dzień później Ola Kaczanowska nadaje status: 

gdyby ktoś nie wiedział, którędy pędzi Lokomotywa Tuwima, spieszę z podpowiedzią, „przez łono, przez las”. :) (bajki na dobranoc by Adam K.♥)

I to jest ta cudowna koincydencja, więc odpisuję zgodnie z łonem i prawdą:

no i to tym mówię, wczoraj robiłem to samo, tyle że bez Alby!!!! [prawda czasu!]

A potem jakaś bardzo miła wymiana zdań w komentkach z Piotrkiem Janickim też; i nagle Ola pisze:

oj, Kamil, nie czytaj tam sam tych wierszy, tylko przyjedź na żywo posłuchać. Tym bardziej, że Kaczan planuje poetycki THE END. Cmok!

Poezja po końcu świata kadruje okiem kamery Kaczana i niech to trwa!




——————————————————————————————

*Bawić się w sposób przezabawny – pod tym pozornie tautologicznym skrótem myślowym czai się impresja, gdzie twórca bawi się tworząc / tworząc się bawi / trwożąc się bawi / trwożąc się tworzy.
Zaś „sposób przezabawny” to odczucia widza, który na ekranie ogląda nagranie z występu (ach! gdyby takie występy odbywały się w sali kongresowej albo na jakimś kabaretonie podczas festiwalu puszczanego w paśmie najlepszej oglądalności w odbiornikach milionów telewidzów, dajmy na to, polsatu.) 
[cięcie!]

[…]
Co czułbyś, będąc odchodzącym w niebyt komputerem, 
pyta przewodnik duchowy, przemawiając przed kolacją, 
szepcząc w jej trakcie i powtarzając jeszcze raz na zakończenie. 
Porażka maszyn nie oznacza automatycznie zwycięstwa ludzi! 
Ludzkość stała się niepotrzebna samej sobie, porozmawiajmy 
więc o uczuciach:


[fragment „Ostatniego wiersza” z przygotowywanej książki „Happy End” Adama Kaczanowskiego]

Posted 1 year ago
Wampir

Ty, co tak weszłaś w serce moje,
Jak sztylet w głąb wrażego łona,
Ty silna jak demonów roje,
Co przyszłaś próżna i szalona.

Ażeby włości mieć i łoże 
Z podeptanego mego ducha,
Z którą się zrosłem, podły tworze,
Jak rab przyrasta do łańcucha,

Jak wściekły gracz o grze pamięta,
Jak pijak, co ust nie oderwie
Od flaszki, jak tkwi robak w ścierwie - 
Przeklęta bądź! Przeklęta!

Myślałem: Niechże ostrze szpady
Gwałtownym pchnięciem mnie wyzwoli!
Lub zaklinałem ciche jady,
By dopomogły mi w złej doli.

Niestety, cóż? Trucizny, miecze
Odpowiedziały mi z pogardą:
Nie jesteś godzien, nędzny człecze
By twą niedolę skruszyć twardą;

Zaprawdę, o stworzenie głupie,
Gdy panowanie jej upadnie,
Twe pocałunki zbudzą snadnie
Życie w wampira twego trupie.

Posted 1 year ago
Inne
mam nowy folder z obrazami, nazwałem go inneoto nazwy plików (pliki obrazów? obrazy plików?):aborcja, czerwień, dżentelmen, drzwi, grzybki, ikony, jaszczurki, jezus na woodstocku, kolaż, kompatybilność ze śniegiem, komunizm, łabędź, mesydż, milczenie owiec, pełnia, politycy, psy, rewolucja, rzeźba rzeczywistości, szlugi, szmineczka, sorbona, so sorry, tulenie, trofea z indii, ucieczka, vincent van dog, wieloryb, wieżowiec, wtem, żyto.
jak ci się to widzi?

Inne

mam nowy folder z obrazami, nazwałem go inne
oto nazwy plików (pliki obrazów? obrazy plików?):

aborcja, czerwień, dżentelmen, drzwi,
grzybki, ikony, jaszczurki, jezus na woodstocku,

kolaż, kompatybilność ze śniegiem, komunizm,
łabędź, mesydż, milczenie owiec, pełnia,

politycy, psy, rewolucja, rzeźba rzeczywistości,
szlugi, szmineczka, sorbona, so sorry,

tulenie, trofea z indii, ucieczka, vincent van dog,
wieloryb, wieżowiec, wtem, żyto.


jak ci się to widzi?

(Source: gifmovie)

Posted 1 year ago
Fiukające oknaMiętoliłem w kieszeni zapałki,paczkę Światowidów.Powiedziałem: “Światowidzie, rzygam samotnością”;pod Placem Na Rozdrożu minąłem kobietę o kaszlu mojej żony.Pjotr Janicki, Nadal aksamit Wszyscy mają gorsze dniBezsilność lalki barbie którachciałaby zajść w ciążę z kenem.Wszystkie małe lalki są adoptowane.Co po śmierci: Niebyt,Piekło czy Reinkarnacja?Jestem laką barbie którapisze wiersze.Cud narodzin w fabryce, różoweBMW.
Bezsilność wszystkich ludzi świętych ibłogosławionych którzy chcielibyuczynić świat lepszym.Bezsilność tamtych którzy na plakatachpytają co po śmierci, piekło,niebyt czy reinkarnacja.Czy lepiej płatna praca.Bezsilność szmacianych laleki teatru telewizji.Jestem lalką barbiei nie mam się czego wstydzić. Adam Kaczanowski, Życie przed śmiercią 

Fiukające okna

Miętoliłem w kieszeni zapałki,
paczkę Światowidów.
Powiedziałem: “Światowidzie, rzygam samotnością”;
pod Placem Na Rozdrożu minąłem kobietę o kaszlu mojej żony.

Pjotr Janicki, Nadal aksamit





Wszyscy mają gorsze dni

Bezsilność lalki barbie która
chciałaby zajść w ciążę z kenem.
Wszystkie małe lalki są adoptowane.
Co po śmierci: Niebyt,
Piekło czy Reinkarnacja?
Jestem laką barbie która
pisze wiersze.
Cud narodzin w fabryce, różowe
BMW.

Bezsilność wszystkich ludzi świętych i
błogosławionych którzy chcieliby
uczynić świat lepszym.
Bezsilność tamtych którzy na plakatach
pytają co po śmierci, piekło,
niebyt czy reinkarnacja.
Czy lepiej płatna praca.
Bezsilność szmacianych lalek
i teatru telewizji.
Jestem lalką barbie
i nie mam się czego wstydzić. 

Adam Kaczanowski, Życie przed śmiercią 

(Source: i-still-have-me)

Posted 1 year ago
Sezon 
Jest poręcz
ale nie ma schodów
Jest ja
ale mnie nie ma
Jest zimno
ale nie ma ciepłych skór zwierząt
niedźwiedzich futer lisich kit 
Od czasu kiedy jest mokro
jest bardzo mokro
ja kocha mokro
na placu, bez parasola 
Jest ciemno
jest ciemno jak najciemniej
mnie nie ma 
Nie ma spać
Nie ma oddychać
Żyć nie ma 
Tylko drzewa się ruszają 
niepospolite ruszenie drzew 
rodzą czarnego kota
który przebiega wszystkie drogiRafał Wojaczek 

Sezon
 

Jest poręcz

ale nie ma schodów

Jest ja

ale mnie nie ma

Jest zimno

ale nie ma ciepłych skór zwierząt

niedźwiedzich futer lisich kit
 

Od czasu kiedy jest mokro

jest bardzo mokro

ja kocha mokro

na placu, bez parasola
 

Jest ciemno

jest ciemno jak najciemniej

mnie nie ma
 

Nie ma spać

Nie ma oddychać

Żyć nie ma
 

Tylko drzewa się ruszają 

niepospolite ruszenie drzew
 

rodzą czarnego kota

który przebiega wszystkie drogi


Rafał Wojaczek 

(Source: maudit)

Posted 1 year ago
(…)śnieg spadnie i zakryje wszystkona razie jednak widać miasto -- czarną kość rozjaśnioną niekiedy światłamimaleńkich samochodówusiadłem wysoko i patrzęwieczórjuż zamknięte wszystkie wesołe miasteczka(…)Marcin Świetlicki, Pod wulkanem  

(…)
śnieg spadnie i zakryje wszystko


na razie jednak widać miasto -

- czarną kość rozjaśnioną niekiedy światłami

maleńkich samochodów

usiadłem wysoko i patrzę

wieczór

już zamknięte wszystkie wesołe miasteczka
(…)

Marcin Świetlicki, Pod wulkanem  

(Source: getalife2000)

Posted 1 year ago

bioluminescencja po zmierzchu

(…) jej lucyferyna, jej bioluminescencja, 

i skąd w takim razie to dziwne zatrzęsienie 
światła na głębi i w moich śpiewających płucach, 
i między wierszami. Właśnie. 
Skąd tyle światła? 
Głębinowa elektrownia? Wembley na dnie? 
Podwodne wydanie Pegaza?
(…)

Andrzej Sosnowski, Grimoire

[photo by: Doug Perrine, Vaadhoo Island, fitoplancton bioluminiscente.]

(Source: mydarkenedeyes)

Posted 1 year ago

Całe życie z kontekstami

     mam wiatraki zamiast skrzydeł
     nie dla mnie światła dyskotek



co kolego?

żadnych koleżanek
na niewczesny umór.

będzie romantycznie

i trudno.

Posted 1 year ago

się

zając 
zastanawiając

kamil zając
zamilkając




[photo by Robert Doisneau - Dans la Cave, 1946]

(Source: regardintemporel)

Kamil Zając | Create Your Badge